Dom na kurzej stopce



W końcu dojeżdżamy na miejsce. Wyjechaliśmy dość późno, więc świat na Przełęczy Glisne już szarzeje. Wysiadamy z nagrzanego samochodu. Wita nas chłód iście jesiennego powietrza. Próbuję bardzo szybko uwinąć się z pakowaniem, ale robi mi się strasznie zimno. Zakładam dodatkowy polar. Palce mi zamarzają. Mam kłopot, żeby prawidłowo zawiązać sznurowadła w moich butach. W końcu się udaje. Zanim się obejrzałem, zrobiło się ciemno. Dobrze, że mamy czołówki. Na okolicę pada tylko blade światło oddalonej latarni, więc bez własnego źródła światła ciężko byłoby się ogarnąć. Już jesteśmy gotowi. Możemy iść. Specjalnie wybraliśmy tak krótką trasę, żeby jak najszybciej dostać się na szczyt. Ruszamy czerwonym szlakiem, którym do godziny powinniśmy się dostać do Schroniska na Luboniu Wielkim. Marsz idzie nam żwawo, jednak spowalnia nas błoto. Ostatnie dni były deszczowe, więc podłoże jest grząskie. W drugiej części trasy kilka razy przystajemy, ponieważ gęstwina lasu się przerzedza odsłaniając…tak pięknego nieba dawno nie widziałem! Tkwimy w zachwycie wpatrzeni w górę. Cudowny nam Bóg stworzył ten świat. Widać, że zadbał o każdy szczegół. Jest mroźno, ciało domaga się, aby iść dalej, a oczy krzyczą: jeszcze, jeszcze troszeczkę! Taki gwiezdny spektakl fundujemy sobie jeszcze z dwa razy, przystając na „chwilkę”. Boże, gdybym tak mógł skraść cząstkę tego nocnego nieba i zawiesić sobie na łóżkiem…

Będąc już prawie na szczycie widzimy światła. Nagła jasność nas przytłacza. Co to? Schronisko? Nie, to jakiś brzydki moloch. Aaa…już widzę – to budynek wieży przekaźnikowej, który kompletnie tu nie pasuje. Dowiemy się później, że przekaźnik powstał z okazji zawodów w skokach narciarskich i tak już został. Kto na to pozwolił? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że to mi zakrawa na zbrodnię przeciwko pięknu natury. To „coś” kompletnie nie pasuje do otoczenia! Dobra, już o tym „wrzodzie” na nieskazitelnej skórze Lubonia nie będę wspominał – szkoda klawiatury :)

Wchodzimy do Schroniska na Luboniu Wielkim. W sieni ściągamy buty i wchodzimy do ciepłego pomieszczenia. Witają nas znajomi, którzy siedzą przy jednym z…dwóch stolików. Aura tego miejsca mnie zaskakuje. Jeszcze nie byłem w tak kameralnym schronisku. Zamawiamy coś ciepłego w bufecie. Nasze ciała bardzo szybko się rozgrzewają. Widać, że gospodarz nie oszczędza na ogrzewaniu. Spędzamy tu naprawdę miłe chwile. Jeden ze znajomych, Tomek z bloga Piwne podróże, robi zdjęcia piwa, którego właśnie próbuje. Jego relację z wizyty na Luboniu możecie zobaczyć tu. Gość chodzi z piwami i kuflem po górach i degustuje je w różnych fajnych miejscach – coś niesamowitego. Ja mam swoje ukochane góry, a Tomek łączy jednocześnie dwie swoje pasje: do gór i do dobrego piwa. Czy to znaczy, że jest dwa razy bardziej szczęśliwszy, niż ja :) Gramy w moje ulubione Doubble. Turyści, którzy obsiedli drugi stolik również grają w karty. Muszę iść do toalety. Ha, wychodek jest jakieś dwadzieścia metrów od budynku. Korzystam z okazji, żeby jeszcze przez chwilę popatrzeć w niebo. Pora wracać, bo zimno strasznie. Ależ tu fajnie! Nawet to, że nie ma bieżącej wody ma swój urok.

Pobudka w takim miejscu należy do bardzo przyjemniejszych. Moim budzikiem stają się promienie porannego słońca, które uparcie wołają: wstawaj, wstawaj! Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o budzenie to nie ma lepszego budzika. Z początku Słońce jest jakby lekko skrępowane, puka niepewnie w półkoliście zakończone okiennice. Mija jakiś czas, a ono zmienia taktykę. Teraz wyraźnie rozochocone zuchwale wkrada się przez okno. Rzuca światło na piękny kaflowy piec stojący w rogu pomieszczenia. Jednocześnie łechta mnie w stopy. Widać, że ma z tego niezłą zabawę. Podnoszę się z łóżka. Coś niesamowitego – w każdym kierunku rozciągają się piękne widoki skąpane w porannym słońcu. Miejsce to doprawdy jest wyjątkowe!

Jemy śniadanie. Słyszę jedną panią z grupy, która spała w budynku letniej bacówki obok schroniska. Skarży się, że tu ciepło, a tam tak zimno, że musiała mieć ubranych kilka warstw odzieży. Hmm…chyba rzeczywiście nam się udało. Całe szczęście, że dostaliśmy miejsca noclegowe na piętrze schroniska, a nie w tej bacówce. Wtedy poranek mógłby stracić na swoim uroku.

Wychodzimy na zewnątrz. Oprócz pięknej pogody wita nas chłód poranka oraz szron. Wychodzimy za schronisko, obracamy się i…wypisz wymaluj domek na kurzej stopce położony na wysokości 1022 m n.p.m. – u dołu podmurówka z kamienia, góra w drewnie. Nadaję temu miejscu miano magicznego miejsca na mapie Beskidów. Jedna myśl przechodzi mi przez głowę. Tak się zastanawiam: jak to się stało, że wcześniej tu nie trafiłem?


 
 
 

Jesteśmy Dorotka, Gucio i Dyzio - trójka przyjaciół z Krakowa. Miasto to jest naszym domem i znamy wszystkie jego sekrety. Częścią z nich chcielibyśmy się z Wami podzielić. Często jednak wyjeżdżamy z Krakowa, bo kochamy podróże – te bliższe i dalsze, uwielbiamy wędrować, poznając nowe miejsca. Blog ten powstał z pasji do podróżowania. Mamy nadzieję, że zarówno starsi, jak i młodsi, znajdą tu coś dla siebie. Zapraszamy do wspólnych podróży! Dorotka, Gucio i Dyzio

0 komentarze: