Śnieżna Chochołowska



Jest ciemno i pada śnieg. Zmierzamy do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Idziemy lekko pod górę. Droga jest szeroka i wydeptana. Nie widzimy nic poza tym, co pokazuje światło naszych czołówek. Nasze pole percepcji ogranicza się do kilku metrów. Oświetlone płatki śniegu wpadają wprost na nasze twarze. Jest ich tak dużo, że mrużymy oczy, a na policzkach czujemy ich delikatne muśnięcia. Lawirujący w powietrzu lekki biały puch tworzy iście bajkową atmosferę. Gdzieś niedaleko, po prawej stronie, słychać wodę. Pewnie to potok, którego lodowaty strumień pomyka poniżej miejsca, którym idziemy. Szum wody przecina trzaskający śnieg pod naszymi butami. Jaki piękny, śnieżny spektakl funduje nam przyroda!

Wpadamy na pomysł, żeby zwiększyć zasięg światła latarki. W jednej chwili świat zmienia perspektywę. Płatki śniegu nie szaleją już tylko wokół nas, ale po całej okolicy rozświetlonej przez czołówkę. Widzimy kontury drzew, które otaczają drogę. Po lewej stronie dostrzegamy skały, których dostojne sylwetki po części schowane są za zasłoną nocy. W półmroku wyglądają jak postaci. Przez chwilę mamy wrażenie, jakby przybliżały się do nas, chciały coś powiedzieć… To ta śnieżno-nocna aura płata figla naszej wyobraźni. Idziemy dalej. Po prawej stornie, za gęstwiną drzew płynie strumyk, którego szum towarzyszy nam już od dłuższego czasu. Przyglądamy się uważniej. Widzimy jego koryto, z którego wyrastają…białe śnieżne wyspy. Coś pięknego!

Na chwilę przystajemy i wyłączamy światło. Księżyc i gwiazdy schowały się za zasłoną chmur, więc świat wokół nas ogarnia ciemność. Nasz wzrok potrzebuje kilku dłuższych chwil, żeby się przyzwyczaić. Powoli zaczynamy dostrzegać zarys ścieżki oraz kontury drzew. Ciemność w takim miejscu ma w sobie duży pierwiastek tajemnicy, ale przed wszystkim urzeka i zachwyca. Włączamy z powrotem latarki. Wyciągamy termosy z herbatą. Hmm, ale dobra! Herbata z miodem, imbirem i konfiturą – smakuje wyśmienicie. Jej ciepło rozchodzi się po ciele. Nie ma to jak łyk gorącej herbaty w zimowych warunkach!
 
Drogę przechodzimy bardzo szybo. W niecałe dwie godziny dochodzimy do schroniska, gdzie czeka na nas reszta ekipy z Raciborskiej Grupy Trekkingowej. Trochę gadamy, ale robi się późno, więc bierzemy szybką, gorącą kąpiel i idziemy spać. Ciekawe, czy pogoda jutro nam dopisze?

Dolina Chochołowska budzi nas…śniegiem. Pogoda od wczoraj się nie zmieniła. Wszystko wskazuje na to, że dziś nie możemy liczyć na ładne widoki, a iście zimowa aura będzie nam towarzyszyć przez cały dzień. Nasi towarzysze jeszcze śpią, więc robimy krótki rekonesans po Dolinie. Byliśmy tu już kilka razy, ale jeszcze nigdy zimą. Miejsce to o każdej porze roku wygląda inaczej. Teraz, w zimowej scenerii, wydaje się bardziej tajemnicze, aniżeli wiosną, czy latem. Drewniane szałasy zatopione są w białym puchu, a kontury wierzchołków gór są ledwie widoczne. Po krótkim spacerze wracamy do schroniska. Nasi towarzysze jedzą już śniadanie, więc do nich dołączamy. Posiłek i pakowanie idą nam szybko, więc pół godziny później jesteśmy już na szlaku. Wchodzimy na Grzesia.

Śnieg cały czas nie daje za wygraną. Na szczęście droga prowadząca na szczyt jest przetarta, więc idzie się naprawdę przyjemnie! Co jakiś czas przystajemy, żeby rozgrzać nasze ciała łykiem herbaty. Jesteśmy dobrze ubrani, więc nie czujemy chłodu. Jednak bezpośrednio przed szczytem, gdy wychodzimy z lasu, powietrze mrozi nam twarze. Zachwycamy się tym wszystkim, co mijamy. Co rusz wyłania się przed nami kolejne prawdziwe białe dzieło sztuki, które wyszło spod sprawnego dłuta natury. Drzewa nabierają magii. Skąpane w śniegu i zmrożone, mienią się w świetle dnia. Staramy się chłonąć każdą chwilę spędzoną w tym urzekającym świecie przykrytym śnieżnym kożuchem. Jest tu bardzo przyjemnie.

Systematycznie zbliżamy się do szczytu. Po drodze spotykamy ludzi, którzy schodzą z góry. Początkowo mieliśmy plan, żeby po wejściu na Grzesia pójść dalej, w kierunku Wołowca, ale inni turyści wybijają nam ten plan z głowy. Szlak ponoć nie jest przetarty, a my chyba nie mamy w sobie tak wielkiej determinacji, żeby się wybijać z tłumu :)

W końcu dochodzimy na wierzchołek. Podejście na szczyt nie było wymagające, ale w takich warunkach to było wszystko, na co nas stać. Widoczność jest naprawdę kiepska, ale urok gór w zimowej aurze w pełni nam to rekompensuje. Po raz pierwszy widzimy Grzesia w śniegu. Jest pięknie, biało i mroźno! Robimy kilka zdjęć, posilamy się i zbieramy w drogę powrotną do schroniska.

Na drugi dzień pogoda przyjemnie nas zaskoczy. Ale o tym kiedy indziej…


 

Jesteśmy Dorotka, Gucio i Dyzio - trójka przyjaciół z Krakowa. Miasto to jest naszym domem i znamy wszystkie jego sekrety. Częścią z nich chcielibyśmy się z Wami podzielić. Często jednak wyjeżdżamy z Krakowa, bo kochamy podróże – te bliższe i dalsze, uwielbiamy wędrować, poznając nowe miejsca. Blog ten powstał z pasji do podróżowania. Mamy nadzieję, że zarówno starsi, jak i młodsi, znajdą tu coś dla siebie. Zapraszamy do wspólnych podróży! Dorotka, Gucio i Dyzio

0 komentarze: