Na wyłączność



Kiedy byłem piękny i młody to przez cały rok żyłem wakacjami. W czasie roku szkolnego wracałem wspomnieniami do tych wszystkich błogich letnich chwil, kiedy to beztroska mieszała się z poczuciem wolności oraz młodzieńczą fantazją, która w tym okresie często przybierała wybujałe formy. Wakacyjne wspomnienia dawały mi niejednokrotnie siłę, żeby przetrwać cały rok, aż do kolejnego lata. Pozwalały, choć na chwilę, oderwać się od nauki i szkolnego życia. Zawsze w takich momentach, kiedy pomyślałem o wakacjach, robiło mi się jakoś tak…raźniej i lepiej na sercu.

Teraz, kiedy już nie jestem tak piękny, ale cały czas czuję się młody (przede wszystkim duchem), również żyję wakacjami. Przypominam sobie te piękne chwile, które już za mną, ale także snuję plany wyjazdowe na kolejne lato. Szczególnie teraz, kiedy na zewnątrz temperatura wyraźnie spada poniżej zera, myśli o tym, co robiłem, gdy było ciepło, sprawiają bardzo dużą przyjemność. Właśnie ten czas, te długie zimowe wieczory sprzyjają podróżniczym wspomnieniom.

W ostatnim wpisie na blogu mogliście zobaczyć nasze wakacyjne wspominki. Dziś chciałbym zabrać Was w miejsce, którego klimat najbardziej nas urzekł i skradł serce podczas tegorocznego lata. Naszym Top 1 wakacji 2016 nie jest wcale Słowenia, choć to cudowny kraj. Zwycięzcą nie są góry (o dziwo), ani nie Kujawy, choć na pewno tam wrócimy. Również morze w tym roku nie dzierży palmy pierwszeństwa. Jakie zatem miejsce najbardziej nas zachwyciło? 

MAZURY – kraina, która ma w sobie szalenie dużo magii i nie po raz pierwszy skradła nasze serca. Tym razem jednak zrobiła to w inny, zupełnie wyjątkowy sposób.



Wyjątkowo – tak właśnie się czuliśmy podczas tych kilku wrześniowych dni spędzonych na Mazurach. Turyści w dużej mierze już stąd wyjechali, natomiast śliczna letnia pogoda wcale nie zamierzała dać za wygraną. Przez cały wyjazd raczyła nas swym ciepłym powiewem.

Wieki nie spaliśmy pod namiotem. Przed wakacjami zdecydowaliśmy się na jego zakup, więc trzeba go było w końcu wypróbować. Na pole namiotowe, które wypatrzyliśmy w przewodniku, wcale nie było tak łatwo trafić. Właściciele obiektu stwierdzili, że jest już poza sezonem i ściągnęli wszelkie tabliczki, które nań kierowały. Na kemping prowadziła tylko polna droga. Mieliśmy małe problemy z jej zlokalizowaniem, więc trochę pobłądziliśmy. Udało się – dojechaliśmy i zostaliśmy miło przywitani przez urocze małżeństwo właścicieli. Pierwszą rzeczą, jaką dało się zauważyć po dotarciu miejsce, poza oczywistym jego urokiem, było to, że nie było tu żadnego namiotu. Jedynymi gośćmi pola biwakowego, oprócz nas, byli ludzie, którzy schodzili ze swoich łódek i jachtów zacumowanych przy pomoście.



Miejsce, do którego trafiliśmy, znajduje się na terenie miejscowości Okartowo i jest niezwykłej urody. Położone jest nad jeziorem Śniardwy z drewnianą przystanią dla łódek i jachtów. Niektóre przypływały tu tylko na chwilę, inne cumowały pod wieczór, a z rana ruszały w dalszą podróż. Panował tu wyjątkowy spokój, a piękno natury było na wyciągnięcie ręki. Z racji ładnej pogody, szczególnie poranki i wieczory, obfitowały w nietuzinkowe doznania z przyrodą w roli głównej.

Raz wstaliśmy dużo wcześniej. Poranek, jakby trochę się ociągając, dojrzewał na naszych oczach, razem z nami. Słońce przedzierało się zza widnokręgu. Z każdą chwilą jego promienie coraz mocniej zadomawiały się na naszych twarzach. W pewnym momencie pokazało się już w pełnej krasie i świeciło tak mocno, że musieliśmy zasłaniać oczy. Ptaki co jakiś czas wzbijały się z wody w powietrze, inne zaś lądowały na ich miejsce. Niekiedy jakaś ryba wyskoczyła znad tafli wody, łamiąc ciszę.



Wieczory chyba pozazdrościły porankom uznania w naszych oczach i przygotowały dla nas nie mniej zachwycającą ucztę. O tej porze dnia ptaki cały czas kursowały, ale wszystko to toczyło się w oddali i trzepotu ich skrzydeł nie było słychać tak wyraźnie, jak z rana. Ciepła woda jeziora lekko falowała, jakby jeszcze nie skończyła tańca z dniem. Słońce, najwyraźniej zmęczone całodzienną intensywną wędrówką, powoli zmierzało do snu. Jednak każdego wieczoru, zanim zaszło, postanowiło zachwycić nas konglomeratem różnorakich barw, a my, urzeczeni, tkwiliśmy w zachwycie. Niesamowite doznania towarzyszyły nam w czasie tych zachodów słońca, które niezwykle kojąco działały na nasze zmysły. W tych chwilach dawało się odczuć jedność z naturą, która jakby tylko dla nas przygotowała ten ujmujący spektakl. Nam, jedynym widzom tego niezwykłego wydarzenia, nie pozostawało nic innego, jak z uznania wstać, bić gorące brawa i prosić o więcej.

Nie samymi wschodami i zachodami słońca nad jeziorem Śniardwy człowiek żyje. Mazury mają i inne atrakcje (nawet całe ich multum) w swoim repertuarze, więc postanowiliśmy skorzystać z części z nich. Te kilka dni postanowiliśmy spędzić aktywnie. Jednego dnia wybraliśmy się na wycieczkę rowerową szlakiem prowadzącym wokół jeziora Orzysz, która jednak nie do końca spełniła nasze (może nazbyt już wygórowane) wymagania. Ścieżka prowadziła raczej z dala od jeziora, które zobaczyliśmy raptem kilka razy. Jakość ścieżki też pozostawiała sporo do życzenia. Kilkukrotnie zapadliśmy się w grząskim piasku i musieliśmy pchać rowery. Zdecydowanie jednak trafionym pomysłem było skorzystanie z oferty kajakowej. Udało nam się załapać na dwa spływy kajakowe, jeden rzeką Orzyszą, drugi Sapiną. Jeden piękniejszy był od drugiego!



Niesamowite, jak blisko natury może znaleźć się człowiek dzięki kajakowi. Wpływa się do świata zatopionego w półmroku, jakby odizolowanego, który na różny sposób atakuje nasze zmysły. Karmi nasz wzrok różnymi odcieniami intensywnej zieleni, daje naszym ciałom wytchnienie od skwaru dnia, koi delikatnym szumem wody i kusi zapachem nietkniętej ludzką ręką przyrody. W tej całej aurze spływu ukryta jest tajemnica, którą ma się ochotę odkrywać na nowo, za każdym zakrętem, za każdym powalonym drzewem… A wszystko to dzięki…kawałkowi plastiku, który unosi się/cię na wodzie. Boże, dziękuję Ci za ten kawałek plastiku!

Liście lilii wodnych zaczynają falować pod wpływem uderzeń wioseł w taflę wody. Nie widać ich kwiatów, tylko ich zielone i żółciejące liście w kształcie serca trzepoczą na wodzie. Widzę białe piórko, chyba łabędzie, które walczy z falami niczym wytrawny żaglowiec, by w końcu osiąść na jednym z liści. Na brzegu roślinność o bardzo intensywnych kolorach, która odbija się w rzece. Jest niczym dżungla, z której co jakiś czas wyrastają powalone pnie i konary drzew. Pal licho, jak są na brzegu, ale robi się ciekawie, kiedy spadają w koryto rzeki i stanowią przeszkodę, którą trzeba ominąć. Przepływamy obok kilku rosnących obok siebie drzew. Niby drzewa, jakich wiele, ale ich splecione korzenie wyglądają wyjątkowo. Ciekawe, ile już czasu tkwią w takim poplątaniu?

Nasz kajak zaczyna wić się wśród zakrętów rzeki. Lubimy takie momenty, kiedy trzeba się nieźle wysilić, żeby nie wpaść w zarośla. Po pewnym czasie droga staje się prostsza. Zwalniamy. Jest bardzo przyjemnie. Postanawiamy odłożyć wiosła. Płyniemy teraz z prądem rzeki. Wyciągamy stopy z kajaka i wkładamy do wody. Czujemy, jak woda i rośliny delikatnie muskają naszą skórę. Czasami się śmiejemy, ponieważ przyroda robi nam psikusa i…gilgocze nasze stopy. Jest bardzo spokojnie. Próbujemy chłonąć każdą chwilę. Niezmąconą ciszę przerywa tylko szelest przelatującej ważki, która zatrzymała się nad dziobem naszego kajaka. Jak zaprogramowana pracuje swoimi skrzydłami, które mienią się w świetle dnia. Wygląda, jakby przed chwilą opuściła baśniową krainę i strzepywała nad rzeką magiczny pyłek, którym pokryte ma skrzydła. Ważka jest tak piękna, że chcemy zrobić jej zdjęcie. Niestety, porusza się zbyt szybko i po chwili znika. Pewnie za jakąś chwilę nadleci kolejna powietrzna dama. Poczekamy na nią cierpliwie. Może tym razem uda nam się ją uchwycić w obiektywie…


W te wakacje Mazury na nowo skradły nasze serca. To niesamowite, że całe ich bogactwo i piękno przez większość czasu mieliśmy tylko dla siebie, na wyłączność…



















Jesteśmy Dorotka, Gucio i Dyzio - trójka przyjaciół z Krakowa. Miasto to jest naszym domem i znamy wszystkie jego sekrety. Częścią z nich chcielibyśmy się z Wami podzielić. Często jednak wyjeżdżamy z Krakowa, bo kochamy podróże – te bliższe i dalsze, uwielbiamy wędrować, poznając nowe miejsca. Blog ten powstał z pasji do podróżowania. Mamy nadzieję, że zarówno starsi, jak i młodsi, znajdą tu coś dla siebie. Zapraszamy do wspólnych podróży! Dorotka, Gucio i Dyzio

0 komentarze: