Dżungla



Jesteśmy w samym środku dżungli. Jest wilgotno i ciepło. Z trudem łapiemy oddech. Droga nie jest łatwa. Dość często ocieramy pot z czoła, który – wdzierając się do naszych oczu – przeszkadza w marszu. Nasze koszule prawie w całości przemoczone są od potu. Atmosfera jest tu równie zachwycająca, co tajemnicza. Panuje półmrok przerwany co jakiś czas strugą światła przebijającą się przez korony drzew. Takie oświetlone miejsca są niczym świetlne wyspy na oceanie przycienionej intensywnej zieleni. Świat wokół dominuje właśnie tym kolorem. Nawet kora większości mijanych pni porośnięta jest mchem. Nigdy nie widzieliśmy tyle zieleni naraz!

Co rusz, pod naszymi nogami, wyrasta kolejna przeszkoda. Niekiedy jest to kamień, częściej powalony konar, wystający korzeń albo grubsze gałęzie. Nie ma problemu, kiedy widoczność mamy na kilka metrów, ale teraz… Właśnie wchodzimy w miejsce, gdzie roślinność staje na drodze i przeszkadza w marszu. Busz jest dosłownie wszędzie. Staramy się trzymać blisko siebie, żeby się nie zgubić. Nagle potykamy się, nie zauważając przeszkody. Upadamy i leżymy na ziemi przez dłuższą chwilę. Zaplątujemy się w gęstwinie roślin. Nie tak łatwo jest się stąd wydostać! Trochę nieudolnie próbujmy wstać. Udaje się! Nawet nie wiemy, co stanęło nam na drodze. Teraz staramy się iść wolniej i uważniej. Nasz wzrok skupiamy bezpośrednio na tym, co znajduje się przed naszymi głowami. Cały czas pracujemy rękami. Próbujemy odgarniać roślinność, która atakuje nas z każdej strony, ogranicza widoczność i ruchy. Machnięcie ręki pomaga tylko na chwilę, ponieważ zaraz spada na nas kolejna nieujarzmiona fala buszu. Liście i łodygi ocierają się nieprzyjemnie o nasze ciała. Najgorsze są gałęzie, które zostawiają nieprzyjemne zadrapania. Nie idziemy długo, a już czujemy, że przybywa nam małych ran. Jak do tej pory najbardziej cierpią twarze, ręce oraz nogi. Co też za pomysł, żeby iść w takie miejsce w krótkich spodenkach?! Najważniejsze jednak są oczy. Musimy na nie szczególnie uważać. Próbujemy chronić je rękami, ale nie jest to łatwe i co rusz nasze twarze toną w zielonym gąszczu. Nie mając do końca kontroli nad tym, co nas otacza, idziemy prawie cały czas z przymrużonymi powiekami.

Na początku naszej wędrówki język dzikiej natury intrygował. W obecnej chwili jest wręcz przeciwnie. Fascynację zastępuje niepewność i strach. Cała ta mroczna atmosfera potęgowana jest przez odgłosy, które dochodzą nas praktycznie z każdej strony. Świergot ptaków miesza się z wyciem małp i rykami zwierząt. Nasze wyobraźnie nie są w stanie odgadnąć, co to za stwory mogą wydobywać z siebie takie dźwięki. Robi się naprawdę groźnie. Nieporadnie próbujemy wydostać się z gąszczu, a nasze pole percepcji wzrokowej cały czas ograniczone jest najwyżej do pół metra. Zewsząd tylko roślinność tropikalna, która jakby chytrze wciąga nas w swoją paszczę. Wyobraźnie szaleją! Wsłuchujemy się w złowrogie odgłosy natury i wyczekujemy momentu, kiedy coś wyskoczy i nas zaatakuje. Jesteśmy bardzo mocno do siebie przytuleni. Boimy się! Strasznie się boimy!    

Mamy już naprawdę dość. Jesteśmy zmęczeni nie tyle drogą, co paraliżującym strachem. Nie tak sobie wyobrażaliśmy dzisiejszy dzień. Kiedy się to wreszcie skończy!? Wpadliśmy w sam środek dżungli i nie potrafimy odnaleźć drogi. Jeszcze jakiś czas temu zdawało nam się, że trzymamy jeden kierunek marszu. Teraz już nie mamy złudzeń - kompletnie straciliśmy orientację. Mamy wrażenie, jakbyśmy chodzili w kółko. Jesteśmy sami w środku wielkiego dzikiego organizmu. Przeraźliwe krzyki i hałasy, przestrzeń, która przytłacza swoim ogromem, której nie sposób ogarnąć, monumentalność drzew, przeróżnie wykrzywionych – wszystko to paraliżuje nasze zmysły.

Na szczęście las się przerzedza. Odczuwamy ulgę, kiedy możemy w końcu dostrzec wszystko to, co dzieje się w promieniu przynajmniej paru metrów wokół nas. W końcu mamy sposobność, żeby na chwilę przystanąć i zobaczyć, co dżungla zrobiła z naszymi ciałami. Ręce i nogi mamy w zadrapaniach. Polewamy je wodą, która nam została. Początkowo piecze, ale po chwili zabieg przynosi ulgę. Wyciągamy jedzenie. Próbujemy wziąć się w garść i uruchomić zdrowy rozsądek. Wydaje nam się, że wiemy, w którym kierunku mamy dalej iść. Nabrawszy sił, z animuszem ruszamy dalej. Nie uchodzimy jednak daleko, gdy niespodziewanie zza drzew wychodzą…małpy. Początkowo sądzimy, że jest ich tylko kilka. Teraz widzimy, jak całe stado podąża w naszym kierunku. Bardzo nas to stresuje! Panuje wśród nich straszny rozgardiasz. Zajęte są ujadaniem między sobą. Strasznie hałasują! Dwie nawet skoczyły sobie do gardła. Pozostałe, zamiast spróbować je rozdzielić, okrzykami zachęcają do walki. Małpy ewidentnie sprzeczają się o coś. Kłócą się, ale jaka jest przyczyna ich waśni – ciężko wywnioskować. Pochłonięte sobą, jakby nigdy nic, mijają nas i podążają dalej. Oniemiali zastygamy. Dopiero po pewnej chwili obracamy się sprawdzić, czy aby nie mieliśmy przewidzenia, ale nie - ostatnie sylwetki małp giną za drzewami. Nasłuchujemy w milczeniu. Dopiero po pewnym czasie cichnie hałas, jaki towarzyszył ich przejściu. Idziemy dalej.

Robi się późno, więc przyspieszamy kroku. Na szczęście w międzyczasie zrobiło się trochę chłodniej. Czujemy podmuchy przyjemnego wiatru – w takich warunkach idzie się lepiej. Już nie zwracamy uwagi na całą tą dziką otoczkę dżungli, którą początkowo byliśmy tak zafascynowani. Nasze myśli sprowadzają się do jednej rzeczy – chcemy stąd wyjść i to jak najszybciej! Nie odzywamy się do siebie. Idziemy jakby w otępieniu, pochłonięci przez własne myśli. Nagle, niespodziewanie, zza gąszcza roślinności wyłania się kolejna gromada małp. Wyglądem przypominają tamte, ale w swoim zachowaniu są zupełnie różne. Są zdyscyplinowane i podążają rzędem. Prawie nie komunikują się ze sobą, nie wydają żadnych dźwięków. Wpatrzone są przed siebie. Dziwne, bo poruszają się nienaturalnie, bardzo jednostajnie. Niczym zaprogramowane zbliżają się, ale ich zachowanie wskazuje na to, że nas nie widzą. Mijają nas. Ocierają się, a nawet szturchają. Jeden osobnik wpada na nas. Upadamy, a on, jakby nigdy nic, wstaje, otrzepuje się i dołącza do swojej małpiej grupy. Co jest z wami, gdzie tak pędzicie – krzyczymy w gniewie. Nic. Żadnej reakcji! Ani jedno z tych człekokształtnych stworzeń nawet się nie odwróciło.

Nareszcie, znajdujemy wyjście. Na wysokości Royal Courts of Justice wprost z Fleet Street skręcamy w boczne znajome nam uliczki. Spacerujemy po urokliwych zakamarkach między Temple Church, a Middle Temple Venue Hire. Zatrzymujemy się na skwerze pod drugim z budynków. Jest sporo wolnych ławek. Przysiadamy na jednej z nich. W końcu możemy odsapnąć i odetchnąć od zgiełku Londynu. Jaka tu cisza! Jaki tu błogi spokój! Wiosna cieszy nas swoją obfitością. Gdzie nie spojrzeć, jest kwieciście i zielono. W oddali słyszymy, jak woda z fontanny spadając uderza o taflę wody… Tu nam dobrze! W końcu odnaleźliśmy swoje miejsce w sercu tego miasta.



























Jesteśmy Dorotka, Gucio i Dyzio - trójka przyjaciół z Krakowa. Miasto to jest naszym domem i znamy wszystkie jego sekrety. Częścią z nich chcielibyśmy się z Wami podzielić. Często jednak wyjeżdżamy z Krakowa, bo kochamy podróże – te bliższe i dalsze, uwielbiamy wędrować, poznając nowe miejsca. Blog ten powstał z pasji do podróżowania. Mamy nadzieję, że zarówno starsi, jak i młodsi, znajdą tu coś dla siebie. Zapraszamy do wspólnych podróży! Dorotka, Gucio i Dyzio

0 komentarze: