Piroga



Każdy człowiek jest rozdarty pomiędzy dwiema potrzebami: potrzebą pirogi, czyli podróży
i wyrwania się oraz potrzebą drzewa, czyli zakorzenienia i tożsamości. Ludzie błądzą stale 
między tymi dwiema potrzebami, ulegając czasem jednej, czasem drugiej. 
Trwa to dopóty, dopóki nie zrozumieją, że to właśnie z drzewa wytarza się pirogi. 

Melanezyjski mit z wyspy Vanuatu



Poranek witamy uśmiechem. Od razu po przebudzeniu intuicyjnie czujemy, że czeka nas wyjątkowy czas. Już sam zapach powietrza wieści, że spotka nas coś dobrego. Jeszcze trochę senni wyobrażamy sobie dzień, który wciela się w ludzką postać. Puka w drzwi naszego pokoju, po wejściu serdecznie się uśmiecha, kłania nam po pas i wita ciepłymi słowami. Chcemy jeszcze chwilę poociągać się w łóżku, ale on ochoczo zachęca nas do tego, żeby się podnieść. Jest uroczy w tym całym motywowaniu nas do wstawania, a przy tym bardzo skuteczny! Wstawać – woła – szkoda czasu na leniuchowanie! Dziś przygotowałem dla was coś wyjątkowego, więc nie ma się co ociągać. Raz, dwa – wstajemy, wstajemy, już, już – wesoło i energicznie nawołuje, a my, chcąc, nie chcąc, ulegamy i już po chwili jesteśmy na nogach.   

Serdecznie witamy się ze słońcem, które, zaraz po otwarciu okiennic, wlewa swoje światło w pogrążony dotąd w półmroku pokój. Bez ociągania ubieramy się i idziemy zjeść śniadanie. Następnie pakujemy rzeczy do plecaka i podążamy nad morze. Spacer nie trwa długo. Już przed ósmą jesteśmy nad zatoką. W planie mamy rejs pirogą, która jest rodzajem łódki składającej się z dwóch długich kawałków sosny, połączonych w tradycyjny sposób. Dawniej używana była do połowu ryb, teraz służy głównie do przewozu osób.

Czekamy nad Zatoką Upi na wyspie Ile des Pins. Jest to jedyne miejsce na Nowej Kaledonii, w którym zachował się zwyczaj pływania pirogami. Pogoda do rejsu jest wyśmienita. Słońce na dobre już rozgościło się na niebie, którego błękit wieści dobrą pogodę. Niezmącona tafla turkusowej wody przypomina raczej jezioro, aniżeli morze. W oddali jacyś ludzie wchodzą na pirogę. Naszej, póki co, jeszcze nie widać. Po dłuższej chwili, zza porośniętego palmami półwyspu, wyłania się sylwetka naszej pirogi. Jeszcze bez rozwiniętego masztu, niespiesznie podąża w naszą stronę. W końcu dopływa do brzegu. Mężczyzna, który nią steruje, wciąga żagiel i daje nam sygnał do wejścia. Dacie wiarę, że oprócz nas, nikt nią nie płynie? Całą pirogę mamy tylko dla siebie!    

Rejs okazuje się niezwykłym przeżyciem. Właściciel naszej pirogi jest już w podeszłym wieku. To doświadczony żeglarz – widać, że bardzo dobrze zna się na swoim fachu. Sprawnie porusza linami i sterem. Co prawda nie uśmiecha się dość często, ale opowiada pogodnie i ciekawie. Początkowo robi to z dystansem i nie dość wylewnie, ale z czasem się rozkręca i jego historie stają się coraz barwniejsze. Widać, że się do nas przekonał, a nasze zainteresowanie i dopytywanie się o szczegóły, zachęcają go do snucia nowych opowieści. Mówił już o wyspie Ile des Pins, która od kilku dni jest naszym domem. Dacie wiarę, że jeszcze dwieście lat temu zamieszkiwali ją ludzie, którzy byli kanibalami?! Teraz nasz pan od pirogi opowiada historię swojej rodziny. Zaskakuje nas wiadomość o tym, że to on ma w zaszczycie bycie pirogarzem Wielkiego Wodza – najważniejszej osoby na wyspie. Funkcję tę piastował wcześniej jego ojciec, a jeszcze wcześniej dziadek. Chłoniemy z ciekawością wszystkie te historie. Jakże kulturowo i zwyczajowo życie tu jest inne od tego, które znamy – myślimy sobie.

Mężczyzna opowiada z pasją, ale po kolejnej historii milknie. Wygląda, jakby popadł w zadumę nad wszystkim tym, o czym nam przed chwilą opowiedział. Zapala papierosa kierując swój wzrok w dal. Skupia się na żeglowaniu. Dalej płyniemy w ciszy. Chłoniemy i kontemplujemy wszystko to, czym Bóg obdarował Zatokę Upi. Zatapiamy swoje myśli w całej tej wspaniałości natury, którą się teraz otaczamy. Towarzyszy nam spokojny szum wody. To nasza piroga z gracją i zwinnością przecina taflę Morza Koralowego pozostawiając za sobą sznur białej kipieli. Na niebie majaczy kilka niegroźnych białych chmurek. Słońce delikatnie pieści nasze ciała, a rozciągnięty żagiel rzuca sporo cienia na naszą łódkę. Ciepłe i delikatne smugi wiatru rozczesują nam włosy. Od czasu do czasu czujemy na twarzach dotyk rozbryzgującej się wody. Niekiedy zamykamy oczy, kierujemy twarze w stronę słońca i uśmiechamy się do całego tego szczęścia, którego tu doświadczamy. Czujemy, jak radość wlewa się w zakamarki naszych ciał i rozgrzewa do czerwoności zmysły.

Płyniemy niespiesznie, ciągnięci siłą podmuchów wiatru. Nasz żagiel przeszywa niebo niczym grot strzały. Dumnie prezentuje się na tle całej tej wspaniałości natury, która nas otacza. Zatoka, po której zwinnie mknie piroga, obfituje w piękne miejsca i zapierające dech widoki. Mijamy małe zatoczki, dziewicze plaże. Brzeg pokrywa bujna roślinność, która wdziera się w głąb lądu. Nasz wzrok zatrzymuje się na palmach, których smukłe sylwetki pną się ponad inne drzewa, przeszywając błękit nieba. Ich korony uginają się lekko pod naporem wiatru. Trzepoczą, niczym flaga na maszcie. Nad nizinnym krajobrazem majaczy w oddali szczyt. Nie jest co prawda imponującej wysokości, ale jego sylwetka wyraźnie góruje nad okolicą. Przed nim, na pierwszym planie, z morza zaczynają wyrastać rożne twory skalne. Z każdą chwilą ich sylwetki zaczynają być wyraźniejsze. Wyglądają jak grzyby wyrosłe na ściółce spokojnego morza, a ich wierzchołki przykuwają uwagę zielonymi roślinnymi kapeluszami. Do jednych zbliżyliśmy się już na tyle, że mamy je prawie na wyciągnięcie ręki. Są różnych rozmiarów, ale w gruncie rzeczy podobnych kształtów – robią niesamowite wrażenie! Im bliżej nich jesteśmy, tym bardziej zuchwale ich sylwetki przebijają bezkres nieba. Mniejszych i większych skał koralowych wyrastających z morza jest tyle, że musimy między nimi lawirować. Na szczęście pan, który steruje naszą pirogą, zna się na swojej pracy i niezwykle sprawnie porusza się między nimi.

Pora wracać. Słońce wzeszło już wysoko. W tym momencie jest prawie centralnie nad naszymi głowami. Upał daje się we znaki. Żagiel rzuca już tylko nikły cień, więc prawie cała piroga skąpana jest w promieniach słońca. Skały koralowe nikną w oddali. Wpływamy w przesmyk. Po obu stronach, w odległości około stu metrów, mamy ląd. Wpatrujemy się taflę morza, którą przecina nasza łódź. Ciepłe podmuchy wiatru smagają nasze ciała. Zmysły zwalniają. Możemy w końcu ochłonąć po tej całej uczcie, którą zaserwował nam rejs po Zatoce Upi. W głowach cały czas mamy ogrom wspaniałości, której dziś dane nam było skosztować. Zamykamy oczy i przeżywamy wszystko od nowa. W zwolnionym tempie widzimy piękne zatoki, rajskie plaże, przezroczystą wodę Morza Koralowego, zachwycające skały…

Przychodzi nam na myśl mit o pirodze. Jego słowa powoli przelatują nam przed oczami. Już kilkukrotnie rozważaliśmy jego treść, jednak teraz jego przesłanie nabiera nieco innego, na pewno głębszego znaczenia. Jest jakby bardziej prawdziwe i autentyczne…

Każdy człowiek jest rozdarty pomiędzy dwiema potrzebami: potrzebą pirogi, czyli podróży i wyrwania się oraz potrzebą drzewa, czyli zakorzenienia i tożsamości. Ludzie błądzą stale między tymi dwiema potrzebami, ulegając czasem jednej, czasem drugiej. Trwa to dopóty, dopóki nie zrozumieją, że to właśnie z drzewa wytarza się pirogi.


Tłumaczenie mitu z francuskiego na polski autorstwa Karolinki. Przy okazji odsyłamy do jej bloga, w którym znajdziecie wpis o rejsie pirogą, który okraszony został pięknymi zdjęciami z Zatoki Upi. 























Jesteśmy Dorotka, Gucio i Dyzio - trójka przyjaciół z Krakowa. Miasto to jest naszym domem i znamy wszystkie jego sekrety. Częścią z nich chcielibyśmy się z Wami podzielić. Często jednak wyjeżdżamy z Krakowa, bo kochamy podróże – te bliższe i dalsze, uwielbiamy wędrować, poznając nowe miejsca. Blog ten powstał z pasji do podróżowania. Mamy nadzieję, że zarówno starsi, jak i młodsi, znajdą tu coś dla siebie. Zapraszamy do wspólnych podróży! Dorotka, Gucio i Dyzio

0 komentarze: