Impuls



Każdy ma jakieś plany i marzenia. Nie ma chyba osoby, która by ich nie miała i nie lubiła do nich uciekać myślami. Uwielbiamy o nich rozmyślać. Możemy wtedy, choć na chwilę, odetchnąć od naszej rzeczywistości i udać się w podróż po najpiękniejszych zakamarkach naszych myśli. Żyjąc w świecie naszych fantazji możemy pozwolić sobie na chwilę zapomnienia. Zatapiamy się w bajkowej krainie, w której nie ma rzeczy niemożliwych, a jedyne ograniczenia to te rodzące się w naszej wyobraźni. W świecie marzeń możemy robić wszystko to, co nam tylko przyjdzie do głowy. Najlepsze jest to, że nikt nam w tych planach nie przeszkadza. Grawitacja tu nie działa, więc nie mając ograniczeń odrywamy się od ziemi i wzlatujemy wysoko w niebo. Na dole zostawiamy wszystko to, czym na co dzień się otaczamy. Witamy się z pięknym słońcem i skaczemy po białych miękkich chmurach. Po chwili gramy z nimi w ganianego, a potem kładziemy się na jednej z nich. Zamykamy radośnie oczy i kierujemy nasze twarze w stronę światła. Po krótkim odpoczynku wstajemy i nurkujemy z całym impetem w obłokach naszej fantazji, czując podmuchy miłego, ożywczego powietrza. Trochę zmęczeni podniebnymi przygodami przysiadamy na ziemi. Rozścielamy koc na rozkwieconej łące. Wokół jest kolorowo i gwarno od wesołego śpiewu owadów. Ciepły wiatr tańczy ze źdźbłami trawy i łodygami kwiatów, a melodia przyrody koi nasze zmysły. Czujemy się wspaniale! Jest nam dobrze i błogo!  

Nagle dochodzi nas jakiś dziwny, przytłumiony hałas. Potrzebujemy chwili, żeby uzmysłowić sobie, że to głos. Ktoś nas woła! Czujemy, jakbyśmy się zbudzili z głębokiego snu. Myślami jesteśmy na granicy dwóch światów. Lekko zdziwieni rozglądamy się dookoła. Potrzebujemy kilku dłuższych chwil, żeby dojść do siebie. Wracamy do rzeczywistości, która grubą kreską oddziela nas od świata, w którym jeszcze przed chwilą zdobywaliśmy przestworza. Powrót do codzienności boli! Jest to specyficzny rodzaj bólu, bo wypływa z najgłębszych zakamarków nas. Rzeczywistość nie jest w stanie go uśmierzyć, więc wpadamy w wir obowiązków. Staramy się nie myśleć o świecie naszych fantazji, więc tłumimy go różnymi codziennymi sprawami. Bierzemy na swoje barki bardzo dużo, byle tylko o nim zapomnieć. Mamy jednak świadomość, że on, wcześniej czy później, do nas wróci.     

Każdy ma jakieś plany i marzenia, które z upodobaniem kolekcjonuje w sobie. Najpiękniejsze okazy chowamy do złotej klatki. Uwielbiamy się im przyglądać. Godzinami potrafimy się w nie wpatrywać, zachwycać się ich ubarwieniem i śpiewem. Czasami na chwilę je wyciągamy i przytulamy do siebie – są puszyste i bardzo miłe w dotyku. Oczami wyobraźni widzimy, jak żyją na wolności: rozkładają skrzydła, wzbijają się w górę i oblatują niebo. Myśleliśmy już kilka razy, żeby je wypuścić, ale w końcu nie zdecydowaliśmy się na to. Zawsze był strach, że coś im się stanie, że nie poradzą sobie na wolności i, co najgorsze, już do nas nie wrócą. Po dziś dzień trzymamy je więc w zamknięciu, choć widzimy, że nie są tu szczęśliwe, męczą się i z zazdrością spoglądają w kierunku kolegów, którzy fruwają na wolności robiąc podniebne akrobacje.

Niestety, część z naszych planów i marzeń nigdy nie opuści klatki i nie wzbije się w przestworza.  Wolimy zostawić je tak, jak są i przyglądać się im w nieskończoność. Wychodzimy z założenia, że w zamknięciu nie jest im tak najgorzej. Mają co jeść i pić, a co najważniejsze, są tu bezpiecznie. Pocieszamy się tym, że na wolności na pewno by sobie nie poradziły, więc tak właściwie to robimy przysługę zostawiając je w klatce. Tak jest dla nich lepiej – wmawiamy sobie. Niestety, lata lecą, a czas postrzępił ich pióra. Nie są już tak barwne i puszyste, jak dawniej. Skrzydła, nieprzyzwyczajone do latania, odmawiają posłuszeństwa. Dochodzi do tego, że nawet, jak przez przypadek otworzymy klatkę, to i tak marzenia nie chcą jej opuścić. Boją się, bo życie w zamknięciu stało się wszystkim, co mają. Nie znają innego życia… 

Tak to jest z tymi niespełnionymi marzeniami. Z jednej strony nie pozwalamy im latać, z drugiej nie potrafimy z nich zrezygnować. Cały czas trzymamy je w zamknięciu i się im przyglądamy. Codziennie staramy się wymieniać im wodę. O świeże pożywienie również dbamy. Po drodze wymyślamy coraz to nowe wymówki, aby ich realizację odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Powody zawsze się znajdą. Tłumaczymy to tym, że jeszcze nie nadszedł na nie czas, że nie jesteśmy jeszcze gotowi, że mamy teraz inne ważne sprawy na głowie... Mamy jednocześnie mocne postanowienie, żeby do nich wrócić, więc cały czas pielęgnujemy je pieczołowicie. Im dłużej jednak żyją w klatce, tym bardziej bledną. Czas mija, a słońce naszego życia powoli chyli się ku zachodowi. Plany i marzenia wciąż pozostają tylko w sferze naszej wyobraźni. W końcu umierają śmiercią naturalną, a wraz nimi umiera cząstka nas.

To czy marzenia się spełnią zależy tylko od nas. Od nikogo więcej! Niektórym z nas ich realizacja przychodzi z większym, niektórym z mniejszym trudem. Wierzymy jednak mocno, że zdecydowanie większej ich części udaje się uwolnić od sił grawitacji i wzbić w przestworza. Jednym marzeniom przychodzi to stosunkowo łatwo. Inne z kolei potrzebują czasu, żeby dojrzeć i rozkwitnąć, niczym kwiat na wiosennej łące. Jeszcze inne nie są w stanie samodzielnie otworzyć złotej klatki, w której są zamknięte. W takich sytuacjach potrzebna jest pomoc z zewnątrz. Pewnego rodzaju impuls, który wypchnie je do przodu i pomoże unieść się ponad poziom ciągłego odkładania. Dzięki któremu dotrze do nas brutalna prawda mówiąca o tym, że marzenia same się nie spełnią. Bez naszej pomocy, chęci i samozaparcia, marzenia nigdy nie ujrzeć światła dziennego! Dlatego potrzebujemy impulsu, który uświadomi nam, że samo snucie planów może nie wystarczyć. Musimy działać! Mocno je uchwycić i zabrać się za ich realizację. Mówiąc prościej - coś musi się stać, żebyśmy w końcu zawzięli się w sobie i spróbowali je złapać. Owym „czymś” może być jakaś rzecz albo miejsce lub wydarzenie, które z jakiegoś powodu bardzo silnie na nas zadziałają. Wstrząsną nami do tego stopnia, że postanowimy w końcu uwolnić, zamknięte dotąd w złotej klatce, marzenia.

Owym impulsem również, a może przed wszystkim, może być inna osoba. Znajomość z nią może nas zmotywować, zainspirować i w efekcie popchać w kierunku zmian. Dać bodziec, dzięki któremu wyjdziemy poza sferę fantazji i skupimy się na esencji naszego życia - realizacji marzeń. Wznieść nas na poziom, z którego uchwycenie gwiazd nie będzie problemem.  

Niekiedy potrzebujemy naprawdę solidnego kopniaka ze strony innej osoby, żeby ruszyć z naszymi planami i pomysłami. Innym razem wystarczy, że ktoś nas lekko popchnie w odpowiednią stronę. Taki, wydawać by się mogło, niewielki impuls, może spowodować wielkie zmiany. Niczym zabawa w domino. Kamienie są już poustawiane. Cała układanka tworzy naprawdę piękne i przemyślane wzory. Wszystko jest przygotowane, trzeba tylko przewrócić pierwszy kamień. Jak już to zrobimy, to rusza lawina zdarzeń, która powoduje, że nasze marzenia w końcu mogą ujrzeć światło dzienne.  

Taka osoba, która pcha nas ku ich spełnianiu, to prawdziwy skarb! Właśnie takiemu Skarbowi chcielibyśmy dedykować dzisiejszy wpis J

Ma na imię Karolinka. Pochodzi z Cieszyna. Jest dwudziestoparoletnią piękną kobietą. Wysoka, z brązowymi pofalowanymi włosami i uroczym dołeczkiem w lewym policzku. Zawodowo robi doktorat, podróżuje po świecie i prowadzi bloga. Teraz prowadzi badania terenowe na Nowej Kaledonii. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych – co pomyśli, to zrobi. Ma nieograniczone pokłady pomysłów i chęci. Jest odważna i cierpliwa w realizowaniu swoich pasji i marzeń, a swoim entuzjazmem potrafi zarażać innych. Nas zaraziła! Pokazała, że nie warto zwlekać, a niektóre rzeczy wcale nie są tak trudne, jakby się mogły wydawać. To właśnie ona pomogła nam pchnąć pierwszy kamień domina, które przewraca się po dziś dzień.

Dokładnie rok temu, pierwszy raz w naszym życiu, lecieliśmy samolotem. Dacie wiarę – pierwszy raz?! Od tamtej pory odbyliśmy już ponad dziesięć lotów i byliśmy na drugim krańcu świata! W listopadzie zeszłego rok podjęliśmy również decyzję o zrezygnowaniu z pracy, która po prostu nie była na nas szyta. W grudniu na naszym blogu pojawiły się pierwsze wpisy. W styczniu zrezygnowaliśmy z pracy, by w lutym 2017 polecieć do Anglii. Wiosną wróciliśmy do Krakowa - w końcu mieliśmy czas i sposobność, żeby w pełni oddać się naszej pasji przewodnickiej. Czerwiec z kolei upłynął nam na robieniu różnych fajnych rzeczy z okazji akcji w czerwcu zrób #cośnowego. Końcówka sierpnia, wrzesień i pierwsze dziesięć dni października to podróż życia na rajski Pacyfik. Pobyt na Nowej Kaledonii można bez wątpienia nazwać wisienką na torcie całorocznego spełniania planów i marzeń. Teraz wylądowaliśmy w Liverpoolu, gdzie poznajemy mnóstwo ciekawych osób z całego świata…

Jakby ktoś nam rok temu powiedział, że wszystkie te wspaniałości wydarzą się w naszym życiu…nie uwierzylibyśmy!       

Cały ten czas, który możemy zamknąć w jednym zaledwie roku, przyniósł nam szalenie dużo dobrego. Pokazał, że warto iść za głosem serca i realizować swoje marzenia. Przecież właśnie po to są – żeby je spełniać i cieszyć się wszystkim tym, co przynoszą.

Dziękujemy Ci, Karolinko, za impuls. Dziękujemy za to, że pomogłaś nam pchnąć ten pierwszy i zarazem najtrudniejszy kamień domina…













Jesteśmy Dorotka, Gucio i Dyzio - trójka przyjaciół z Krakowa. Miasto to jest naszym domem i znamy wszystkie jego sekrety. Częścią z nich chcielibyśmy się z Wami podzielić. Często jednak wyjeżdżamy z Krakowa, bo kochamy podróże – te bliższe i dalsze, uwielbiamy wędrować, poznając nowe miejsca. Blog ten powstał z pasji do podróżowania. Mamy nadzieję, że zarówno starsi, jak i młodsi, znajdą tu coś dla siebie. Zapraszamy do wspólnych podróży! Dorotka, Gucio i Dyzio

0 komentarze: