Zapiski z raju cz. 1



Jest 29 sierpnia 2017 roku. Przylatujemy na lotnisko w Numei – uroczo położonej stolicy kraju. Tu czeka już na nas Karolinka. Nie widzieliśmy się kilka miesięcy, więc możecie sobie wyobrazić, jak bardzo jesteśmy stęsknieni (pozwólcie, że na tym wątek prywatny urwiemy). Pomimo, że przylatujemy nocną porą, jest dość ciepło. Lotnisko nie jest duże, pomimo to wychodząc mijamy grupy młodych ludzi, którzy koczują przed budynkiem, czekając na swoje loty do Francji. Rozpoczyna się rok akademicki, stąd tyle osób jest chętnych, żeby się tam dostać.

Początek naszego pobytu spędzamy w nadmorskiej Numei. Pierwsze dwie noce mieszkamy w hotelu. Resztę czasu (a wrócimy tu jeszcze dwukrotnie) śpimy u Irmy – Polki mieszkającej już od pewnego czasu w Nowej Kaledonii. Poznajemy okolicę. Położenie tego największego w Nowej Kaledonii miasta jest bardzo urokliwie – jest to chyba jego największy atut! Tereny są tu górzyste, więc jeżeli chcemy przejść z jednego krańca miasta na drugi, to musimy pokonać kilka naprawdę solidnych wzniesień. Ma to swój urok, bo z wyżej położonych punktów miasta roztaczają się bardzo ładne widoki na okolicę. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że oprócz urokliwej lokalizacji i kilku miejsc wartych uwagi (jak na przykład Centrum Kulturalne Jean-Marie Tjibaou), miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. To, co rzuca się w oczy to fakt, że Numea żyje własnym życiem. Czas płynie tu powoli, nikomu się nie spieszy. Nie ma tej gonitwy i pędu za wszystkim, do czego przywykliśmy w Europie. Dla nas, przedstawicieli innej kultury, jest to fascynujące doświadczenie zobaczyć sposób życia ludzi, który w znaczący sposób różni się od naszego. Z europejskiego punktu widzenia powiedzielibyśmy, że ludzie poruszają się tu dość ślamazarnie i niemrawo, jakby od niechcenia wykonują swoje codzienne czynności. Wszystko dzieje się niczym w zwolnionym tempie, do którego, chcąc nie chcąc, przez kolejne 40 dni będziemy musieli się przyzwyczaić. Perspektywa zmiany stylu życia brzmi frapująco. Jesteśmy przekonani, że życie w wolnym tempie dobrze nam zrobi.

Jesteśmy zmęczeni lotem i jakby otępiali. Długa podróż i zmiana strefy czasowej dają nam w kość. Próbujemy odespać podróż, ale nie rezygnujemy ze zwiedzania. Szwendamy się po mieście i niespiesznie penetrujemy różne jego zakamarki. Nie ma tu jednak zbyt wielu rzeczy wartych szczególnej uwagi. Co jakiś czas z kolei mijamy grupki osób, które spędzają swój wolny czas na rozmowach. Na początku zbiorowiska młodych mężczyzn wzbudzają w nas lekki lęk. Na pierwszy rzut oka wyglądają naprawdę groźnie. Jak się jednak okaże, nic złego ze strony mieszkańców Nowej Kaledonii nam nie grozi. Wręcz przeciwnie, doznamy z ich strony wiele ciepła i serdeczności. 

Po kilku dniach spędzonych w stolicy lecimy na wyspę Ouvea, która jest jedną z czterech Wysp Lojalności. Lot trwa około 40 minut. Zaraz po przylocie na wyspę jedziemy w miejsce, w którym mamy spędzić kolejne kilka dni. Okazuje się, że zamieszkujemy w chatce z liści palmy kokosowej, usytuowanej w środku ziemskiego raju. Nasza miejscówka jest iście bajkowa – po otwarciu okiennic roztacza się przepiękny widok na Morze Koralowe. Szum palm targanych ciepłym wiatrem, miękki złocisty piasek, turkusowy odcień morza, ciągnąca się po horyzont laguna – tak można żyć!

Do tej pory tego typu zjawiskowe miejsca znaliśmy tylko z filmów i fotografii. Tym razem jest nam dane kosztować ich osobiście, a widoki, smaki i zapachy urzekają nas do głębi. Dotyk przyrody, która nas otacza, porywa w cudowną podróż, którą próbujemy się delektować najpełniej, jak tylko potrafimy. Czerpiemy więc pełnymi zmysłami z całego bogactwa i cudowności, które tu zastajemy (o naszym zachwycie Nową Kaledonią, inspirowanym między innymi wizytą na rajskiej Ouvei, pisaliśmy już w poście Jajecznica). Spędzamy tu kilka błogich i beztroskich dni. Kompletnie odrywamy się od wszystkiego tego, co zostawiliśmy w Europie. Zdecydowanie taki czas spędzony w rajskich okolicznościach był nam potrzebny.

Po kilkudniowym pobycie w raju wracamy na Grande Terre – główną wyspę Nowej Kaledonii. Wynajętym Twingo rozpoczynamy naszą podróż na północ. Dojeżdżamy do Bourail – wioski położonej na zachodnim wybrzeżu. Spędzimy tu sporo czasu – teraz zatrzymujemy się tu na tydzień. Wrócimy tu również pod koniec naszego pobytu na Pacyfiku.

Karolinka – nasz super przewodnik po kraju – przeprowadza badania w dwóch miejscach w Nowej Kaledonii, a Bourail jest właśnie jednym z nich. Zamieszkujemy u Adele, którą mieliśmy okazję poznać zimą w Polsce. Nasza gospodyni jest nauczycielką, która wychowuje ośmioletnią córkę Jeine. Mała jest bardzo żywiołowa – wszędzie jest jej pełno. Wpada na dziesiątki szalonych pomysłów na godzinę i często trudno za nią nadążyć. Dom, w którym mieszkamy, jest zawsze otwarty dla bliskich Adele, dlatego często goszczą tu jej krewni, którzy zjeżdżają się praktycznie z całego kraju. Czujemy się tu bardzo dobrze i swobodnie, a ludzie, których poznajemy są serdeczni i uśmiechnięci.

Miejsce, w którym przebywamy, stanowi dobrą bazę wypadową do penetrowania górzystej okolicy, która ma bardzo dużo do zaoferowania. Jest tu kilka dobrze utrzymanych szlaków i ścieżek spacerowych – nie możemy więc odmówić sobie pieszych wycieczek. Przyroda Nowej Kaledonii wprawia nas w zachwyt i raczy niesamowitymi krajobrazami. W czasie wypadów, z perspektywy wyższych wzniesień i pagórków naszym oczom ukazują się niesamowite widoki, a zachody słońca odbijające się w tafli Morza Koralowego zapierają dech w piersiach. 

Okolice Bourail to nie tylko góry. To przede wszystkim piękne i urozmaicone wybrzeże. Mamy tu swoją ulubioną plażę La Roche Percée. Roztaczają się stąd piękne widoki – z obu stron zatokę zamykają skały, które zuchwale wdzierają się w morze. Szczególnie podoba nam się imponujących rozmiarów charakterystyczny ostaniec skalny, który z perspektywy plaży przebija widnokrąg. Na jego wysokości znajduje się masyw skalny, przez który przechodzi jaskinia, do której wejście jest lekko schowane za drzewami. W czasie odpływu można nią przejść do niezwykle urokliwej Zatoki Żółwi. Za każdym razem, kiedy jesteśmy w tej jaskini czujemy ekscytację. Idąc natomiast górą możemy dojść do kolejnej zatoki - Zakochanych, do której docierają tylko nieliczni. W okresie, w którym tu jesteśmy, nie ma zbyt wielu turystów, szczególnie w środku tygodnia. Zdarza się więc, że penetrując plaże czy zatoki mamy je tylko dla siebie, jakby na wyłączność – niesamowite uczucie! Odpoczywając w takich okolicznościach naprawdę można poczuć się wyjątkowo!


























Jesteśmy Dorotka, Gucio i Dyzio - trójka przyjaciół z Krakowa. Miasto to jest naszym domem i znamy wszystkie jego sekrety. Częścią z nich chcielibyśmy się z Wami podzielić. Często jednak wyjeżdżamy z Krakowa, bo kochamy podróże – te bliższe i dalsze, uwielbiamy wędrować, poznając nowe miejsca. Blog ten powstał z pasji do podróżowania. Mamy nadzieję, że zarówno starsi, jak i młodsi, znajdą tu coś dla siebie. Zapraszamy do wspólnych podróży! Dorotka, Gucio i Dyzio

0 komentarze: