Zapiski z raju cz. 2



Po czasie spędzonym w Bourail naszym Twingo wyruszamy w tygodniową podróż po Grande Terre. Podążając wschodnim wybrzeżem docieramy do kempingu w wiosce Hienghène. Miejsce zachwyca nas od pierwszego wejrzenia! Znajduje się tu kilka urokliwych plaż (czyli nowokaledoński standard), ale oprócz tego okolica ma o wiele więcej do zaoferowania. Bóg hojnie obdarzył Hienghène w przeróżne niesamowicie wymyśle formy skalne. Są tak piękne, że można się w nie wpatrywać godzinami! Z jednej strony mamy tu monumentalne masywy skalne, które jakby oddając pokłon morzu łamią się i nikną w jego kipieli. Z drugiej strony ujmują nas kamienne ostańce przyjmujące przeróżne wymyślne kształty, które z wielką gracją wyłaniają się z wody. Nam najbardziej przypadła do gustu skała przypominająca kurę, która zresztą jest jednym z symboli Nowej Kaledonii.

Nie plaże jednak ani nie piękne skały są obiektem naszych największych zachwytów. Nasze serca kradną bowiem inne twory natury – imponujących rozmiarów wodospady, z których woda spływa po wielkich półkach skalnych. Na każdym z takich poziomów zbiera się w zagłębieniach. Na chwilę zatrzymuje się, jakby odpoczywa i ogrzewa w promieniach słońca. Po pewnym czasie znowu pochłania ją wartki nurt i kieruje w dół. Spokojna przed chwilą woda zamienia się w pędzącą kipiel, która po chwili z wielką siłą uderza o kolejną półkę skalną i rozbryzguje się dookoła racząc nasze ciała niezwykle przyjemną bryzą. Krople wody, spadające na nasze rozgrzane słońcem ciała, są niczym pocałunki motyli. Uczucie chłodu jest tak przyjemne, że z rozkoszą zamykamy oczy i delektujemy się ich dotykiem.

W pewnym momencie wydaje nam się, że tworzące się w zagłębieniach jeziorka zapraszają nas do kąpieli. Nie zastanawiamy się długo i po chwili lądujemy w wodzie. W pełni się relaksujemy oddając nasze ciała masażowi spływającego z góry strumienia wody. Kąpiel w takich warunkach jest naprawdę niezwykłym przeżyciem, a bliskość natury porywa nasze zmysły w niesamowitą podróż! Najlepsze jest to, że w okolicy jest naprawdę niewielu turystów. Wprost nie do uwierzenia jest fakt, że całe to bogactwo mamy tylko dla siebie, na wyłączność.

Cały czas czujemy głód wrażeń i atrakcji. W okolicach Hienghène jest kilka bezludnych wysp. Na jedną z nich organizowane są wycieczki, więc decydujemy się na rejs, który okazuje się wspaniałym pomysłem na spędzenie dnia. Oprócz spaceru po wyspie, oddajemy się błogim kąpielom w morzu. Podziwiamy rafę koralową oraz mieszkające w morzu, mieniące się tysiącem barw, stworzenia. Cudownie Bóg zbudował ten świat!   

Po kilku dniach pełnych wrażeń opuszczamy Hienghène. Wyruszamy w dalszą podróż na północ Grande Terre. Towarzyszą nam piękne widoki: z jednej strony rozciąga się mieniące się słońcem morze, z drugiej widzimy bezkres gór ciągnący się aż po horyzont. Za nami ciągnie się kurz. Jest bardzo sucho. Deszcz ostatni raz spadł dziesięć dni temu. Brak wody widać w krajobrazie – ziemia jest popękana, a wyschnięta roślinność traci kolory. Wiele miejsc strawił pożar. Prawie każdego dnia widzimy tlący się dym.

Jazda przysparza nam sporą dawkę wrażeń. Sznur serpentyn towarzyszy nam przez większość drogi. Po kilku godzinach wreszcie udaje nam się dotrzeć na północny kraniec wyspy. Zatrzymujemy się na campingu, który położony jest nad brzegiem morza w wiosce Poingam. Miejsce jest urokliwe i od razu przypada nam do gustu. Restauracja znajdująca się na jego terenie słynie z bardzo dobrej kuchni. Jesteśmy na totalnym odludziu. Praktycznie nic nie ma w okolicy – tylko nasz camping, morze i góry. Nie mamy wyjścia – w pełni możemy się oddać słodkiemu lenistwu.

Okazuje się, że jeden dzień leżenia plackiem nam wystarczy. Drugiego dnia naszego pobytu w Poingam robimy sobie przerwę od leniuchowania. Dowiadujemy się, że kilka kilometrów od nas znajduje się miejsce, w którym zbiera się sól morską, w powstałe w wyniku tego solne błotko ponoć bardzo dobrze wpływa na cerę. Idziemy spróbować! Droga w większości jest nieoznakowana. Tylko w kilku miejscach znajdujemy tabliczki z informacją o właściwym kierunku marszu – w ich prostocie i ręcznie robionych napisach jest coś urzekającego. Po kilku dłuższych chwilach słyszymy parskanie koni. To niesamowite – wokół są dzikie konie, które pasą się na wyschniętej ziemi. Mijamy kilka mniejszych stad. Niektóre konie uciekają, kiedy się do nich zbliżamy, inne nic z naszej obecności sobie nie robią. Oprócz koni towarzyszy nam również pies, który przyłączył się do nas zaraz po wyjściu z campingu. Wydaje nam się, że chce nas chronić, jednak niestety swoim szczekaniem odstrasza konie zakłócając panującą wokół ciszę. 

Po około godzinnym spacerze dochodzimy do miejsca, w którym zbiera się sól morską. Nie zastajemy tu nikogo – ani pracowników, tym bardziej turystów. Robimy sobie okłady z błotka, które ma charakterystyczny zapach. Jego wilgoć przynosi nam natychmiastową ulgę od upału. Po pewnym czasie zasycha, więc idziemy je zmyć do morza. 

























Jesteśmy Dorotka, Gucio i Dyzio - trójka przyjaciół z Krakowa. Miasto to jest naszym domem i znamy wszystkie jego sekrety. Częścią z nich chcielibyśmy się z Wami podzielić. Często jednak wyjeżdżamy z Krakowa, bo kochamy podróże – te bliższe i dalsze, uwielbiamy wędrować, poznając nowe miejsca. Blog ten powstał z pasji do podróżowania. Mamy nadzieję, że zarówno starsi, jak i młodsi, znajdą tu coś dla siebie. Zapraszamy do wspólnych podróży! Dorotka, Gucio i Dyzio

0 komentarze: