Amazing




Byłem w Inverness. Szkocja tego ranka powitała mnie deszczem. Trzeba uczciwie przyznać, że nie byłem tym faktem zbytnio zaskoczony. Już w nocy bowiem spadające z nieba krople deszczu dawały znać o sobie bębniąc w parapet. Ich uderzenia na szczęście były jednostajne i nie przeszkadzały mi w zaśnięciu. Wręcz przeciwnie - intonowały rytm, który utulił mnie do snu.

Obudziła mnie dziwna myśl. Sam nie wiem, skąd się wzięła w mojej głowie. Dałbym sobie rękę uciąć, że z rana deszcz pada dokładnie z taką samą częstotliwością, jak w nocy. Kap, kap, kap…ani wolniej, ani szybciej. Ten sam rytm, ta sama melodia… Pomyślałem sobie, że chyba ktoś w niebie jest bardzo precyzyjny i wyregulował kurek z wodą bardzo dokładnie. Ten ktoś najwyraźniej uparł się, żeby wybijać cały czas ten sam rytm, zsyłać deszcz stopniowo i jednostajnie. Jakby nie mógł zrobić tego raz, a porządnie – spowodować ulewę w nocy, żeby nowy dzień móc przywitać słońcem.

Pomimo kiepskiej aury wstałem dość żwawo i ochoczo. Starałem się myśleć pozytywnie! Pomyślałem sobie, że w sumie mam szczęście, mogąc doświadczyć prawdziwie szkockiej pogody z wiatrem i deszczem w roli głównej! Jakbym tego nie doświadczył to nie mógłbym powiedzieć, że…poznałem Szkocję. To przecież jeden z tych charakterystycznych i nierozerwalnie z nią związanych elementów. Poczułem, że Szkocja wyciąga do mnie rękę i mówi: witam cię na mojej ziemi. Chciałabym Cię ugościć, najlepiej, jak potrafię. Podziwiaj moje piękno i pozwól, że ześlę ci kwintesencję mojej gościnności, która tkwi właśnie w niepogodzie. Mam nadzieję, że nie zmokniesz za bardzo i miło spędzisz czas. Miłego pobytu!

Tak sobie pomyślałem, że rzeczywiście coś w tym jest - dzień w Szkocji bez deszczu byłby stracony! Taka perspektywa spojrzenia na niepogodę spowodowała, że chciało mi się wstać. W deszczu poszedłem więc do wypożyczalni samochodów, aby odebrać zamówione dzień wcześniej auto i udać się wybrzeżem zatoki Moray Firth na wschód Inverness.

Trzeba przyznać, że byłem spragniony pięknych widoków i ogromnie ciekaw, czym jeszcze zachwyci mnie Szkocja. Podróż koleją z Glasgow do Inverness, którą odbyłem dzień wcześniej, rozbudziła bowiem mój apetyt. Można powiedzieć, że rozgrzała moją chęć poznania tego malowniczo położonego regionu do czerwoności. To, co zobaczyłem dnia poprzedniego zza szyby pociągu, to niekończąca się historia westchnień nad pięknem przyrody. Przyrody jakby w dużej mierze dziewiczej, w niewielkiej części tylko tkniętej ręką człowieka. Przejeżdżałem przez potężne, ciągnące się po zboczach lasy, których gleba opatulona była ciemnozielonym dywanem. Szczególnie jednak utkwiły mi w pamięci owce, które niczym kłaczki na zmechaconym kocu pasły się na ciągnących się po horyzont polach i pastwiskach. Trawa na nich niezzieleniała jeszcze, budziła się dopiero do życia po zimowym śnie. Niekończące się polany poprzecinane były urokliwie wijącymi się potokami i tworzącymi się po roztopach mokradłami. Wszędzie, jak wzrokiem sięgnąć, rozciągały się żółtawo-brunatne o tej porze roku wzgórza i góry z ostałymi jeszcze w wyższych partiach płatami śniegu. Od czasu do czasu tylko z rozpędzonego pociągu mijałem wzrokiem murowane domy z jasnego kamienia porozrzucane po okolicy.

Takie właśnie zachwycające widoki towarzyszyły mi dzień wcześniej w drodze do Inverness. Już nie mogłem się doczekać kolejnej dawki przeżyć, które, miałem taką nadzieję, Szkocja zafunduje moim zmysłom. Gdy tylko odebrałem samochód ochoczo ruszyłem więc wybrzeżem na wchód.

Podróż, pomimo deszczu, była przyjemna. Najpierw dotarłem do Nairn, uroczo położonego miasteczka w zatoce Moray Firth. Plaża jest tu długa i szeroka. Pewnie w sezonie letnim pęka w szwach od natłoku turystów. Potem, z uwagi na dość ulewny deszcz, tylko chwilę spędziłem na terenie Brodie Castle. Dalej podążając wybrzeżem dojechałem do Findhorn i położonej na cyplu miejscowości Burghead. Będąc w tej ostatniej wkradł się we mnie ten charakterystyczny powiew ekscytacji, który pojawia się zawsze wtedy, kiedy dociera do mnie, że jestem świadkiem czegoś nietuzinkowego. Tak właśnie było w tamtym momencie, kiedy doszedłem do punktu widokowego umiejscowionego na klifie. Rozglądając się dookoła poczułem, że wycieczka nabiera barw… Jak się później okazało widok w Burghead był niejako wstępem do tego, co miało na mnie czekać później.
    
Rozochocony widokami pojechałem w kierunku Lossiemouth, cały czas trzymając się wybrzeża. Deszcz na szczęście ustał, więc w końcu mogłem cieszyć się w miarę stabilną pogodą. Mniej więcej w połowie drogi minąłem wzrokiem asfaltową drogę, która szła w kierunku morza. Stały tam zaparkowane dwa samochody. Za szybko jednak jechałem, żeby tam skręcić. Po kilkuset metrach coś w środku kazało mi stanąć, zawrócić i sprawdzić dokąd prowadzi droga, którą przed chwilą minąłem.

Dróżka pięła się w górę. Tak właściwie nie można było stwierdzić, co czeka mnie na jej końcu. Po przejściu kilkuset metrów asfalt się skończył – zacząłem iść w błocie. Doszedłem do białej metalowej wieży. Stąd bardzo wyraźnie doszedł do mnie powiew bryzy morskiej. Charakterystyczny zapach morza delikatnie wlał się w nozdrza, rozochocając mnie do dalszego spaceru. Dróżka skręcała w prawo, ale ja poszedłem prosto. Teren bowiem zaczął się obniżać ku morzu. Byłem ciekaw, co jest dalej. Okolica była porośnięta kłującymi krzewami, z którymi, szczerze mówiąc, spotkałem się po raz pierwszy. Nie minęła minuta, kiedy stanąłem na zboczu klifu.

Potrzebowałem dłuższej chwili, żeby dotarło do mnie całe bogactwo wszystkiego tego, czego właśnie stałem się świadkiem. Utonąłem w oceanie zachwytu. Wiatr muskał moją twarz, a ja, niczym w transie, próbowałem uchwycić każdy szczegół tego zachwycającego spektaklu natury. Brzeg Morza Północnego ujął mnie ciągnącymi się wzdłuż brzegu klifami. Nałożone na siebie bloki skalne robiły niezwykłe wrażenie! Scementowane w całość ręką Boga przyjmowały różne kształty i formy. Kilka postrzępionych przypominało głowy zwierząt czy potworów, które jakby czekały na sygnał, żeby wskoczyć do morza i zatopić się w jego otchłani. Inne znowu sprawiały wrażenie, jakby nigdzie się nie chciały ruszyć kurczowo przylegając do klifu. Z dołu fale wody uderzały o głazy, by po chwili ginąć w białej kipieli. Rozbryzgane drobinki wody dochodziły do mnie niosąc woń morza. Mocno czułem ją w moich nozdrzach! Jak okiem sięgnąć nie było nikogo. Po niebie tylko, całkiem niedaleko, szybowały ptaki, których sylwetki walczyły z wiatrem, a głosy przedzierały się przez szum morza.

Nie wiem, ile czasu trwało, jak oniemiały z zachwytu stałem na jednej z półek skalnych próbując smakować cały ten spektakl natury wszystkimi zmysłami. Wiem na pewno, że rozkoszując się każdym szczegółem krajobrazu uświadomiłem sobie, że dzieje się właśnie jedna z tych chwil, dla których wiem, że warto żyć!      

Poszedłem dalej wzdłuż brzegu morza. Cały czas towarzyszyły mi klify. Teraz jednak były mniej postrzępione i tworzyły bardziej jednolitą bryłę. W kilku miejscach zamykały w półkolu piaszczyste plaże. Szedłem tak zatopiony myślami w cudowności krajobrazu, że nie spostrzegłem nawet, że pogoda się psuje. Serce dopominało się o więcej wrażeń i szeptało – idź dalej. Rozum jednak kazał zawrócić. Trwało to najwyżej kilka minut, kiedy wzmagający się wiatr i coraz natarczywiej padający deszcz zmusiły mnie do powrotu. Przemoknięty i zziębnięty wróciłem do samochodu. Serce jednak od nadmiaru pięknych krajobrazów aż parowało z gorąca. Wracając miałem wrażenie, jakby jego cząstka została na klifach.

Cała ta sytuacja znad zatoki Moray Firth pokazał mi, nie po raz pierwszy zresztą, że czasem naprawdę warto zwolnić, przystanąć i uważnie rozglądnąć się dookoła. Tylko w takich momentach rodzi się szansa dostrzeżenia drogi, której – będąc w pędzie – na pewno byśmy nie zobaczyli. Czasem warto skręcić z obranej wcześniej ścieżki i pójść tam, gdzie prowadzi nas serce. Nawet jeżeli nie mamy pewności, dokąd nas zaprowadzi. Nigdy bowiem nie możemy być pewni tego, co czeka na nas po drugiej stronie. Myślę jednak, że warto podjąć ryzyko i po prostu spróbować pójść za głosem serca! Może się okazać, że nowa droga będzie bez pięknych widoków i zaprowadzi nas donikąd. W takiej sytuacji po prostu trzeba będzie zawrócić z powrotem do miejsca, z którego zaczęliśmy. Pewnie będziemy zawiedzeni, ale ze świadomością, że spróbowaliśmy. To ten pesymistyczny wariant – nie udało się, trudno, zawracamy i idziemy dalej. Optymistyczny jest taki, że ścieżka zaprowadzi nas tam, gdzie roztaczają się bajeczne widoki, których obraz na zawsze zagości w naszych wspomnieniach.

Nigdy bowiem się nie dowiemy się, co czai się po drugiej stronie wzgórza, jeśli nie spróbujemy na nie wejść. Jestem przekonany, że tylko idąc za głosem serca możemy dojść do miejsca, w którym nie pozostanie nam nic innego, jak piać z zachwytu nad pięknem stworzenia świata. Nie doświadczymy tego nie próbując. Odwagi!   








To miejsce! 


Inverness


Nairn


Burghead








Jesteśmy Dorotka, Gucio i Dyzio - trójka przyjaciół z Krakowa. Miasto to jest naszym domem i znamy wszystkie jego sekrety. Częścią z nich chcielibyśmy się z Wami podzielić. Często jednak wyjeżdżamy z Krakowa, bo kochamy podróże – te bliższe i dalsze, uwielbiamy wędrować, poznając nowe miejsca. Blog ten powstał z pasji do podróżowania. Mamy nadzieję, że zarówno starsi, jak i młodsi, znajdą tu coś dla siebie. Zapraszamy do wspólnych podróży! Dorotka, Gucio i Dyzio

0 komentarze: